Umowa ustna też obowiązuje
Anna, mało znana jeszcze aktorka, znała ten stolik lepiej niż nazwę restauracji. Najpierw podawano kawę, potem otwierał się laptop, a potem zaczynała się rozmowa, która miała wszystko „ustalić”. Dokumentów nie było. Nie było ich wczoraj. Nie było ich też dzisiaj.
Reżyser, producent lub inny agent siedzący naprzeciwko uśmiechał się spokojnie, jak ktoś, kto zawsze wie co robi.
— Dogadaliśmy się — powiedział i wyciągnął dłoń.
Uścisnęła ją nad zamkniętym laptopem. Wokół huczy pełna sala: talerze, śmiech, obcy ludzie przy obcych stołach. Na blacie nie leży żadna kartka. Nie leży żadna teczka. Nie leży żaden długopis gotowy do podpisu. Tylko dłoń w dłoni i to krótkie, niepewne poczucie, że właśnie zamknęli sprawę.
Tydzień później telefon milczał dłużej, niż powinien. Termin miał się „przesunąć”. Kwota miała „wyglądać inaczej”, a potem usłyszała zdanie, które znała z opowieści koleżanek z filmowego planu:
— Przecież nic nie było na piśmie.
Anna siedziała nieruchomo. Właśnie zrozumiała, że film się skończył. Film się skończył, a pozostała rzeczywistość: słowo dane przy stoliku, uścisk nad laptopem i puste miejsce tam, gdzie zwykle powinna leżeć umowa. Prawo — jak jej potem powiedziano — zna także umowy ustne. One obowiązują. Tylko że zobowiązanie bez śladu jest jak rola bez scenariusza — ktoś pamięta tekst inaczej, a na końcu zostaje spór o to, jakie właściwie kwestie omawiane były przy kawie.
Wróciła do tej samej restauracji dopiero po kilku dniach. Inny stolik, ta sama zasada. Po rozmowie otworzyła telefon i napisała krótko: co ustalili, na kiedy, za ile. Nie po to, żeby kogoś przyprzeć do muru. Po to, żeby obie strony znały ten sam przebieg zdarzeń.
Komentarz radcy prawnego
Takie historie trafiają do wielu kancelarii częściej, niż ludzie myślą. Nie dlatego, że ktoś od razu chce oszukać. Częściej dlatego, że przy stoliku obie strony są zgodne — a tydzień później każda z nich pamięta rozmowę trochę inaczej. Uścisk dłoni zamyka spotkanie ale nie zamyka sporu o treść ustaleń.
Umowa ustna może zobowiązywać. Prawo nie wymaga pisma do każdej umowy. Problem zwykle nie brzmi: „czy w ogóle coś ustalono?”, tylko: co da się wykazać, gdy jedna strona mówi „dogadaliśmy się”, a druga — „nic nie było”. Im większa kwota, im dłuższy termin i im więcej szczegółów „do ustalenia później”, tym bardziej puste miejsce po dokumencie zaczyna ważyć.
Co można zrobić w takiej sytuacji — zanim sprawa urośnie?
1. Utrwalić treść ustaleń zaraz po rozmowie. Krótki mail albo wiadomość: co, kiedy, za ile, na jakich warunkach. Nie po to, by kogoś atakować. Po to, by obie strony dostały ten sam zapis. Milczenie albo sprostowanie drugiej strony też jest informacją.
2. Domknąć na piśmie to, co jeszcze żyje. Jeśli współpraca ma trwać — prosta umowa albo co najmniej pisemne potwierdzenie kluczowych punktów. Lepiej późno niż w momencie, gdy telefon już milczy.
3. Nie należy kasować śladów. Wątki, SMS-y, maile, notatki, świadkowie spotkania. W sporze liczy się nie tylko pamięć, lecz to, czym da się ją podeprzeć.
4. Gdy stawka rośnie albo druga strona ucieka w „nie było nic” — nie należy eskalować emocjami, tylko spisać chronologię i skonsultować się z fachowcem. Czasem wystarczy wezwanie do wykonania ustaleń. Czasem okazuje się, że dowodów jest za mało i trzeba zmienić strategię. Lepiej wiedzieć to wcześniej.
Słowo dane przy kawie może być wiążące, a każdy ślad sprawia, że nie trzeba potem odtwarzać całego filmu z pamięci dwóch osób.