Marek Harz App 26.1.407 0

Kobiety w randze prawnika — historia

Jeśli ten blog ma być czytany, musi być ciekawy. Mam nadzieję, że ten temat takim właśnie jest.

Historia zawodu prawniczego to nie tylko kodeksy, togi i paragrafy. To także drzwi. Przez bardzo długi czas drzwi do sali sądowej i do kancelarii były — dla połowy ludzkości — zamknięte. Nie dlatego, że brakowało zdolności. Dlatego, że zawód uznawano za „męski” z definicji: jak cech, jak mundur, jak fotel, na który „się nie siada w spódnicy”.

Dziś kobieta w randze prawnika nikogo nie dziwi. Adwokatka, radczyni, sędzia, prokurator — to codzienność. Ale codzienność ma datę urodzenia. I ma nazwiska. Warto je znać nie z obowiązku szkolnego, tylko z ciekawości: bo za każdą „oczywistością” stoi ktoś, kto wszedł pierwszy, gdy jeszcze nie było wolno — albo gdy wolno było tylko na papierze.


Zakaz starszy niż niejedno państwo

W przekazach prawniczych wraca historia Rzymu: kobieta, która śmiała stawać przed sądem we własnych sprawach i w sprawach innych, miała stać się powodem zakazu. Imię w źródłach bywa różnie zapisywane; sens jest jeden. Pretorzy i juryści uznali, że udział kobiet w zastępstwie sądowym godzi w „skromność płci” i miesza się w sprawy, które nie do nich należą. Zakaz wszedł do Digestów. A Digesty — wraz z recepcją prawa rzymskiego — weszły do głowy Europy na stulecia.

Dlatego XIX-wieczne debaty o dopuszczeniu kobiet do adwokatury brzmią dziś jak echo z tej samej sali: „zostawcie mężczyznom rządy i życie publiczne”; „kobieta nie oddzieli klienta od procesu”; „zapał mówczyni zaciemni to, co powinno być jasne”. Argumenty się powtarzały. Zmieniały się tylko garnitury tych, którzy je wygłaszali.

To nie jest tekst o winie. To tekst o pamięci zawodu. Zawód, który dziś broni równości wobec prawa, sam długo równości w swoich szeregach nie uznawał.


Zanim palestra w Polsce otworzyła listę

Zaborowa Polska nie dawała kobietom prostej drogi do wykonywania zawodu adwokata u siebie. Część Polek szukała więc przestrzeni tam, gdzie drzwi uchylały się wcześniej.

W źródłach historycznych i prasowych wracają nazwiska, które warto postawić obok późniejszej „pierwszej w kraju”. Antonina Jackowska-Peterson — urodzona w Poznaniu, praktykująca w Stanach — bywa wskazywana jako jedna z pierwszych Polek, które realnie nabyły prawo występowania przed sądami. Helena Miropolska zapisała się w pamięci procesów toczonych za granicą, tam gdzie gazety lubią twarze z pierwszych stron. Helena Fleming-Czachorska — praktyka wokół spraw Polonii — dopełnia obraz: Polka w todze nie zaczęła się w Warszawie w 1925 roku. Zaczęła się wcześniej, tylko nie zawsze pod polską jurysdykcją.

To ważna korekta wyobraźni. „Pierwsza w Polsce” nie znaczy „pierwsza z Polek”. Znaczy: pierwsza, której państwo i samorząd u nas wpisały na listę i pozwoliły praktować tu, na miejscu.


Tysiąc dziewięćset osiemnasty: wolno — na papierze

Dekret z 24 grudnia 1918 r. w sprawie tymczasowego ustroju Palestry Polskiej zawierał formułę, która dziś brzmi zwyczajnie, a wtedy była przełomem: adwokatem może zostać obywatel Państwa Polskiego bez różnicy płci, jeśli spełni warunki wykształcenia, aplikacji, egzaminów i nieposzlakowanej opinii.

To był moment prawny. Nie od razu moment obyczajowy. Ustawa wyprzedza nawyk. Nawyk dogania ustawę latami. W 1919 r. Helena Wiewiórska rozpoczęła aplikację. Droga od „wolno studiować” do „wolno bronić klienta jako adwokat” miała jeszcze trwać.


Tysiąc dziewięćset dwudziesty piąty: wpis, który otworzył listę

W 1925 r. Helena Wiewiórska została wpisana na listę adwokacką — w powszechnym ujęciu historii samorządu: jako pierwsza kobieta w adwokaturze odrodzonej Polski. Miała wówczas trzydzieści siedem lat. Za sobą — studia prawnicze ukończone z wyróżnieniem, pracę nauczycielki historii, aplikację u uznanych warszawskich mecenasów.

Prowadziła praktykę — m.in. w prawie cywilnym. Pełniła funkcje w organach adwokatury. W czasie okupacji — jak podają źródła samorządowe — wraz z mężem dawała schronienie osobom ukrywającym się; aresztowanie przez gestapo i śmierć córki Aliny w Powstaniu Warszawskim dopisują ton, którego nie da się „upiększyć” na potrzeby bloga. Da się tylko uszanować.

Jeśli ten artykuł ma mieć jedną bohaterkę z imienia i nazwiska — to ona. Nie dlatego, że była jedyna mądra. Dlatego, że ktoś musi być pierwszy na liście, żeby lista przestała być męskim klubem.

Drzwi otwarte ustawą, przytrzymywane obyczajem

Historia Anieli Steinsbergowej pokazuje drugą stronę medalu. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Gdy w latach dwudziestych starała się o aplikację, izba — według przekazów — uznała, że to nie miejsce dla kobiet. Nie poddała się: aplikowała przy wsparciu męża-adwokata, a spór doszedł do Sądu Najwyższego. Na listę wpisano ją w 1930 r. — jako pierwszą adwokatkę z Małopolski w tym ujęciu historii.

Lekcja aktualna także dziś, w innych kostiumach: przepis to nie wszystko. Samorząd i nawyk potrafią trzymać drzwi dłużej niż ustawa je otworzyła.


Od wyjątku do normy

Dziś w adwokaturze kobiety stanowią bardzo dużą część stanu; wśród młodszych roczników bywa, że przewaga jest po ich stronie. Radcostwo prawne przeszło podobną drogę. Nie chodzi o liczenie procentów. Chodzi o to, że „ranga prawnika” przestała być pytaniem o płeć, a stała się pytaniem o kompetencję, etykę i zaufanie klienta.

Po co historia? Bo klient korzysta z dorobku ludzi, których nazwisk nie zna. Bo zawód, który nie pamięta własnych drzwi, łatwiej zamyka kolejne — innym kluczem.


Domknięcie

Gdy dziś widzimy kobietę w randze prawnika, patrzymy na skutek otwierania drzwi i wcześniejszej walki o studia i aplikację. Za tą rangą stoi Wiewiórska. Stoją Polki, które praktikowały, zanim Polska znów mogła je wpisać u siebie. Stoi dekret z 1918. Stoi opór izb.

Dlatego ten temat nadaje się na blog, który chce być czytany: ma bohaterów, ma zwrot akcji, ma pointę w teraźniejszości — i szacunek dla zawodu, który broni innych dopiero wtedy, gdy sam przestaje wykluczać swoich.